Mózg wie, czego mu potrzeba

Indywidualne preferencje do nauki

Wielu dorosłych, a może nawet większość z nich, jest przekonanych, że aby nauczyć czegoś dziecko potrzebna jest jakaś specjalna aktywność z ich strony. Że trzeba aktywnie dziecko nauczać, przekazywać mu wiedzę, wtłaczać ją do głowy.

Tymczasem… nic bardziej mylnego! 

Mózg dziecka uczy się doskonale sam, ważne, aby mu w tym nie przeszkadzać. Co więcej wie on, kiedy jest najlepszy moment na uczenie się konkretnej rzeczy, i zna najlepszą ku temu drogę. Bez żadnych podpowiedzi! 

Zauważyła o już znana wszystkim Maria Montessori, która zwróciła uwagę na fakt, że nawet dzieci z wyzwaniami rozwojowymi samoczynnie uczą się nowych treści – obserwując, podpytując kolegów i koleżanki lub dorosłych tylko wtedy, gdy uznają to za stosowne. Przez większość czasu chciały same zdobywać wiedzę i umiejętności. Chciały się męczyć, ćwiczyć i mimo niepowodzeń nie zniechęcały się.

Tak właśnie działa mózg, który jest naturalnie głodny wiedzy, umiejętności, rozwoju. Spójrzcie na dziecko, które uczy się chodzić. Nikt nie musi mu szczególnie pokazywać, jak o się robi. Nikt nie tłumaczy mu jak złapać równowagę, od której nogi zacząć, jak balansować ciałem. Dziecko uczy się samo i robi to z zapałem i przyjemnością mimo, że wielokrotnie w trakcie tego procesu upada.

Tak samo jest z przyswajaniem każdej innej umiejętności oraz wiedzy. Zobaczcie, że większość dzieci samoczynnie uczy się nazywać kolory, kształty, przeliczać. Dzieci bez naszej szczególnej aktywności uczą się mówić  Nikt nie musi siadać z maluchem nad słownikiem! Dlaczego zapominamy o tym, że tak właśnie przyswajają wiedzę, gdy robią się starsze i trafiają do szkolnej ławki?

Problemem jest też fakt, że oczekujemy od dzieci nabywania pewnych umiejętności i wiedzy w konkretnym wieku. Oczywiście czas w którym powinny pojawić się kluczowe umiejętności powinien być określony, a wykraczanie poza niego może być niepokojące. Mówię teraz jednak o umiejętnościach, które nie są kluczowe (chodzenie, mówienie) czyli na przykład liczenie, rysowanie, czytanie.

Dzieci są bardzo różne a czas, w którym czują potrzebę i chęć uczenia się konkretnej rzeczy jest bardzo indywidualny. Znam dwulatki potrafiące literować proste wyrazy i pięciolatki, które nie są w ogóle zainteresowane czytaniem. ostatecznie jednak i jedne i drugie dzieci będą czytać tak samo. Cel jest jeden, po prostu czas dojścia do niego, oraz czasem sposób, są zróżnicowane.

TRAWA NIE ROŚNIE SZYBCIEJ JAK SIĘ JĄ CIĄGNIE 

Prowadzono badania na dzieciach czytających. Podzielono je na dwie grupy – dzieci, które nabyły tę umiejętność w wieku lat czterech, oraz te, które nauczyły się czytać mając siedem lat. Obydwie grupy zbadano w wieku jedenastu lat i okazało się, że nie ma między nimi szczególnych różnic jeśli chodzi o tempo czy ogólną jakość czytania. Oznacza to, że nie ważne w jakim wieku dziecko uczy się czytać, bo ostatecznie większość i tak czyta tak samo 

Powściągnięcie swoich rodzicielskich lęków o to, że nasze dzieci jeszcze nie kolorują, nie wycinają, nie liczą, nie oglądają książeczek itp. jest trudne. Wiem to, sama jestem mamą  Najczęściej jednak przekonuję się (tnie tylko bazując na doświadczeniach innych rodziców, ale również własnym), że dziecko dobrze wie, co robi.

PRZYKŁAD  Martwiłam się przez pewien czas, że Karolek nie nawleka kulek na sznurek. Wiecie, motoryka mała jest tak ważna w kontekście przyszłego pisania. Nie chciał, i już. Aż pewnego dnia siadł, ponawlekał wszystkie kulki na sznurek, i znów, i znów. Siedział nad tym pół dnia, czyli prawdopodobnie tyle samo, ile dziecko nawlekające od czasu do czasu kilka kulek. Podobnie było z kolorowaniem. Czekałam tylko na mrożącą w moich żyłach krew informację, że Karol nie koloruje w przedszkolu. No, bo nie kolorował  Tymczasem jednego popołudnia siadł i pokolorował – bardzo dokładnie, bez szczególnego wyjeżdżania za linię. Pokolorował tego dnia kilka obrazków, dlatego, że SAM CHCIAŁ, a nie dlatego, że ktoś mu KAZAŁ. I faktycznie, poziom tej kolorowanki uznałabym za dość zaawansowany. Widocznie taki ma styl – długo, długo nic i później sukces  A inne dziecko może preferować styl zupełnie inny – systematyczne ćwiczenia i dochodzenie do wprawy z częstymi zmianami aktywności. Żaden z tych sposobów nie jest lepszy, ani gorszy. Obydwa równie skutecznie mogą prowadzić do celu.

Problem pojawia się w szkole (choć czasem i w domu), gdy dziecko jest przymuszane do uczenia się czegoś, gdy nie jest tym zainteresowane. Skutki mogą być opłakane, nerwy dorosłych zszargane a motywacja dziecka zamordowana.

Z drugiej strony jest też problem pierwszoklasistów, którzy trafiają do szkoły często umiejąc już liczyć i (choć trochę) czytać. Siadają oni do ławki i cały dzień poznają cyfrę jeden. Cały kolejny dzień, cyfrę dwa. I szybko dochodzą do wniosku, że szkoła jest nudna.

Bywa też, że dziecko interesuje się jakimś tematem, a od dorosłego słyszy: “teraz nie pora na o, teraz uczymy się czegoś innego” Wtedy okno rozwojowe się zamyka, i gdy dorosły uzna, że “już czas” dziecko może zupełnie nie chcieć już tego tematu podjąć. Klasyk ze szkoły, prawda? Czasami również spotykany w domach pod nieco inną postacią – dziecko dopytujące o jakiś temat może usłyszeć po prostu: nie mam czasu.

Podążanie za dzieckiem to obserwowanie go i wyłapywanie otwartych okien rozwojowych czyli okresów, gdy dziecko (samo z siebie) interesuje się jakimś tematem. Chce go samodzielnie zgłębiać, samoczynnie go podejmuje. Mogą o być puzzle, książki, czytanie, liczenie, budowanie z klocków, jazda na rowerze. Wykorzystujmy te okna, bo pozwolą one maksymalnie wykorzystać potencjał dziecka. Okno w końcu się zamknie, i przyjdzie czas na inne aktywności  Nie wyobrażam sobie, by jakieś dziecko mogło nigdy nie zainteresować się czytaniem, liczeniem (czyli rzeczami, na których bardzo nam zależy), choć w najmniejszym stopniu. Przyjdzie na to pora, cierpliwości 

Podążanie za dzieckiem to nie tylko wyłapywanie okien rozwojowych. To także pozwolenie mu na uczenie się i poznawanie świata w wybranej przez siebie pozycji (czy to musi być koniecznie przy biurku?), w wybrany sposób, który często czuje intuicyjnie, a także, o wybranej przez siebie porze. Nie każdy lubi uczyć się rano, lub wieczorem  Mój osobisty bratanek, obecnie student, jest typem sowy – pracuje wieczorem i w nocy – jest wtedy najbardziej produktywny. Mówi, że cały okres szkoły był dla niego najgorszym wspomnieniem z życia. Teraz, gdy sam może zarządzać swoim czasem, osiąga o wiele większe sukcesy a sama nauka i praca, daje mu o wiele więcej satysfakcji.

Chcesz wiedzieć więcej na temat tego w jaki sposób pomóc dziecku w nauce poprzez ruch? Wypatruj mojego e-booka o tym, co jest przyjazne uczącemu się mózgowi dziecka. Znajdziesz tam więcej treści i konkretnych wskazówek, przykładów zabaw i aktywności dla dzieci młodszych, ale też przedszkolnych i szkolnych 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *